wtorek, 8 marca 2011

Liw




INFO O WYPRAWIE:

1 dzień, ok 200 km // Budżet: paliwo (+-100 zł), jakieś jedzenie i pierdoły wg. uznania ;)


Na ten spontaniczny trip wybraliśmy się już jakiś czas temu, w ładny wrześniowy dzień.
Podstawowym celem wyprawy był Liw.
Droga w kierunku Węgrowa jest miła i przyjemna, przeżył ją nawet nasz Smart :)
W Liwiu jest zamek, no, ruiny zamku. Jest muzeum a obok karczma. Niestety nic Wam nie opowiem ani o jednym ani o drugim bo nigdzie nie można było płacić kartą a my oczywiście o gotówce nie pomyśleliśmy (i tu od razu mały tip: trzeba mieć gotówówke;) ).
Na szczęście za darmo można sobie pochodzić po ruinach i po malowniczej okolicy - jest rzeka, są krowy. Naprawde miło ! ;)






Przez to, że nie mieliśmy gotówki to nie mogliśmy zjeść, pojechaliśmy zatem na poszukiwanie dziury tj. bankomatu, udało się go znaleźć w Węgrowie, ale jako, że poza tym nie było tam nic ciekawego pojechaliśmy dalej - w stronę Łochowa.

W Łochowie jest pałac (hotel, knajpa itp), gdzie mieliśmy nadzieje coś zjeść.
Niestety knajpa sprawiała wrażenie wymarłej (nie było nawet kelnera), więc wciąż głodni przeszliśmy się tylko po parku - ładnym parku, trzeba dodać.




W okolicy są jeszcze ze 2 - 3 pałace, ale albo zamknięte albo właśność prywatna.
Skierowaliśmy się dalej w stronę Wyszkowa z nadzieją na jedzenie - warto sobie po drodze gdzieś poskręcać, są fajne wsie i ładne widoki.
Wyszków objechaliśmy dwa razy, ale nie było tam niczego ciekawego, więc skierowaliśmy się trasą S8 w stronę Warszawy - zjedliśmy w końcu w Macu w Markach ;)


Podsumowanie
Zbyt dużo tutaj się nie rozpisaliśmy, bo i wycieczka była spontaniczna i bez przygotowania. Na pewno jednak możemy polecić kierunek na Liw na szybką wycieczkę. Jak się zrobi ciepło to pojedziemy już bardziej sensownie zexplorować tą trasę - stay tuned :)






niedziela, 6 marca 2011

Kazimierz Dolny // 2 dni




INFO O WYPRAWIE:
2 dni, 400 kilometrów // Budżet: 500 pln (paliwo, nocleg, żarcie, pierdoły)


Na dobry początek Kazimierz Dolny, czyli miejsce znane prawie przez wszystkich - tłumnie i chętnie odwiedzane latem - właśnie dlatego my wybraliśmy się tam w marcu - żeby ominąć tłumy turystów ;)

Postanowiliśmy wybrać się na cały weekend bo odległość jest już całkiem spora - ok 150 km w jedną stronę. Droga na Lublin nie jest zła, choć trochę zapchana tirami.

Dzień 1
Grzebaliśmy się rano strasznie - wyjechaliśmy trochę po 11, na miejscu byliśmy o 14.

Zatrzymaliśmy się w hotelu Berberys - akurat mieli jakąś weekendową promocję (180 zł za dwuosobowy pokój)
Na początku miejsce wydawało nam się troche odludne (najpierw skończył się asfalt, potem kostka a zaczęło się błoto.. ;) ), ale koniec końców lokalizacja okazała się dzięki temu bardzo cicha a przy okacji całkiem malownicza. Odludna droga:

Hotelik:



Hotel możemy polecić: ładne pokoje, miła obsługa i dobre śniadanie.

Szybkie rzucenie bagażu w hotelu i do miasta.
Kazimierz jest ładny, można połazić po mieście albo nad Wisłą.
W końcu człowiek się robi głodny ;) Zajrzeliśmy do Fryzjera bo nam poleciła rodzina, ale z tipów na foursquare dowiedzieliśmy się, że kuchnia mogłaby być lepsza - zamówiliśmy, więc tylko po zupie.
I całe szczęście - zupy okazały się ogromnymi porcjami (drugiego by już nie wcisnął) a na dodatek bardzo smacznymi - Łukasz z 4sq najwyraźniej źle trafił. Także polecamy :)

Po obiedzie wpadliśmy jeszcze do herbaciarni U Dziwisza - wystrój nas nie powalił, udało się to cenom - 14 zł za herbatę! Ale dobra była ;)

Po drodze trafiliśmy na smutnego psa, zniszczone domy, ładne domy, piwo Perła, trochę depresyjną Wisłę, japę, dupę, cipę i pahę.








A jak ktoś chce zobaczyć jak wygląda studnia w kazimierzu to niech sobie zgoogluje ;)

W końcu zrobiło się ciemno i zimno, kupiliśmy zatem Żołądkową i uciekliśmy do hotelu.

Dzień 2
Szybki prysznic, śniadanie i o 11 byliśmy już w drodze do Nałęczowa.
W Nałęczowie robi się Nałęczowiankę - jest więc pijalnia wód.
Niestety owa pijalnia pamięta czasy Gierka i nie zachęca szczególnie do wejścia:


Ta, aż pić się chce. W środku nie jest lepiej - za wejście biorą 3 zł od łba a w środku syf, kiła i mogiła.
Można sobie pooglądać poobijane i zakurzone popiersia, moża kupić zabawkę z Chin, o nawet wody ze źródła "Miłość" się można napić.


Park jest za to ładny ;)

Była dopiero 13, więc stwierdziliśmy, że śmigniemy do Lublina coś zjeść.
I na dzień dobry włodarzom miasta należy się kopniak. Oznakowanie miasta jest beznadziejne.
Nie mieliśmy akurat gpsa, a google maps coś nie potrafił się ogarnąć, więc zawierzyliśmy znakom prowadzącym do centrum - i przez to 20 minut jeździliśmy w kółko ;)
W końcu się udało zaparkować pod samym wejściem na starówkę, jakiś miły pan nawet zaoferował nam popilnowanie auta - jak można odmówić ;]

Kiedyś oglądaliśmy Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler, która rewolucjonizowała Czarcią Łapę, więc tam się udaliśmy. Pani G. dała rady - knajpa pełna, pyszne jedzenie (choć ceny warszawskie), miła obsługa - zdecydowanie miejsce godne polecenia.
Starówka w Lublinie też jest polecenia godna - choć mała to bardzo urokliwa - chętnie tam kiedyś wrócimy, może jak będzie cieplej :)





Podsumowanie
Fajna, chilloutowa wycieczka. Budżet można ograniczyć przez tańszy nocleg (są i takie za 30 zł od człowieka) i własne jedzenie/kebaby ;)



Trasa
Mały tip co do powrotu - zamiast jechać przez Zakręt i wbijać się w korek można odbić przed wspomnianym Zakrętem na Józefów i wjechać do Warszawy od strony Otwocka - jest szybciej! Mapa Trasy


Jakby kto miał sugestie czy pytania piszcie na spyderr.spm (at) gmail.com